Strony

piątek, 16 stycznia 2015

SESJA - JAK PRZETRWAĆ

Sesja zbliża się niestety coraz bardziej, warto więc przygotować się do niej odpowiedni, by upewnić się, że niczym nas nie zaskoczy. Ja swoje dwie pierwsze sesje pamiętam jako niezbyt przyjemne dni życia studenckiego, aczkolwiek przeżyłam, zdałam i oto przychodzi czas zmierzyć się z kolejną. Przede wszystkim dobre przygotowanie się do ciągu egzaminów to kluczowa sprawa, jeśli chodzi o ograniczenie sobie nerwów, stresu i poprawek. Pamiętam, że kiedy jeszcze nie do końca wiedziałam, czym ta sławna, znienawidzona przez studentów sesja się tak naprawdę okaże, denerwowała mnie niemożność odpowiedniego nastawienia się do niej. A ja muszę, po prostu muszę przygotować sobie uprzednio czas i miejsce pracy. Dziś więc, wiedząc już mniej więcej, jak bardzo nieprzyjemne dni mnie czekają, mogę uporządkować swoje materiały oraz dołożyć wszelkich starań do odpowiedniego przygotowania się do nich.

Zacznę od segregatora. Oczywiście wiadomo już, że jestem wielką ich fanką, aczkolwiek ostatnio mama zakupiła dla mnie cały zestaw tekturowych segregatorów, których zastosowanie dopiero sprawdzam. Wiem już, że klasyczne segregatory na koszulki sprawdzają się w tym wypadku o wiele lepiej, bo moje notatki posortowane są w koszulkach. Do osobnego segregatora póki co wkładam wszelkie materiały, które będą potrzebne mi na zaliczeniach i egzaminach. Następnym krokiem jest posortowanie wszystkiego według przedmiotów. Rok temu "odgrodziłam" poszczególne przemioty zwykłymi kartkami papieru z napisem. W tym roku jednak, z uwagi na to, że kartki kiepsko się przesuwały, zdecydowałam, że albo oznakuję każdą koszulkę odpowiednią naklejką na zeszyt, albo na przedmioty, z których będę miała więcej niż jedną koszulkę, użyję skoroszytów z możliwością wpięcia w segregator. Zdjęcie tego, o czym piszę, umieściłam pod zdjęciami segregatora. 




Drugim krokiem jest u mnie podzielenie notatek na porcje materiału, w miarę podobnej ilości. Podział ten ułatwi później naukę, gdyż zamiast uczyć się wszystkiego ciągiem, do czynienia mię będziemy jedynie z mniejszą częścią, co pomoże w zapamiętaniu. System ten wprowadziłam u siebie ucząc się słówek w liceum. Ciężko było mi nauczyć się ogromnej ilości słówek, dlatego wypisywałam wszystko na kartce A4 tak, aby zmieściły się trzy kolumny słówek wraz z tłumaczeniem, dzieliłam każdą kolumnę na porcję po dziesięć, czy piętnaście słówek i w ten sposób o wiele szybciej przyswajałam materiał. Co więcej, taki zapis słówek na kartce pozwala na zmieszczenie na niej bardzo dużej ilości słówek, co działa na naszą podświadomość, sprawiając wrażenie, że do nauczenia jest mało materiału - bo przecież zaledwie jedna kartka! Całość wygląda mniej więcej w sposób poniższy, jednak oczywiście wszystko było przeze mnie napisane ręcznie. System sprawdza się w przypadku każdego języka - ja, ucząc się chińskiego, między słówko, a tłumaczenie wciskam jeszcze odpowiedni znak. No i chyba nie muszę tłumaczyć, że podczas nauki zasłaniam jedną część kolumny i albo próbuję sobie przypomnieć znaczenie, lub zapisuję je na kartce. Zazwyczaj trzykrotne przeczytanie jednej porcji dziesięciu słówek pozwala wszystko zapamiętać, jednak w przypadku gdy występują wybitnie oporne przypadki, zaznaczam je czerwoną kropą po widocznej stronie i gdy nauczę się już całości, robię dla nich osobną porcję.


W podobny sposób dzielę materiały z innych przedmiotów, tylko wówczas jedną porcję stanowi nieco więcej, niż dziesięć słówek, oczywiście. Następnie czas, który przeznaczam na naukę dzielę na części, kiedy uczyć się będę danej porcji. Maksymalnie jednego nia mieszam trzy przedmioty, jednak najczęściej są to dwa, których uczę się naprzemiennie. 

Na podobnej zasadzie działa Technika Pomodorro, którą poznałam już po wymyśleniu mojej (jednak nie tak odkrywczej) metody na naukę. Polecam wszystkim ściągnięcie sobie na smartfony takiej aplikacji, o ilęe się nie mylę, istnieje również wersja przeglądarkowa. Nadto leniwym polecam jednak stary dobry minutnik w telefonie.


Teraz pora na drobne wspomagacze. Niestety, lub stety, podstawą koncentracji i dobrej pamięci jest zdrowa dieta, ale o tym można naczytać się w internecie do woli. Student przy nauce potrzebuje, co następuje: koncentracji, łatwości w przyswajaniu oraz niezasypiania! Mnie w koncentracji pomaga przede wszystkim wyłączony komputer, a przynajmniej Facebook, bo to on najskuteczniej broni mnie przed przyswojeniem jakiejkolwiek wiedzy. Po drugie, warto przypomnieć sobie, że nasza główka pracuje napędzana węglowodanami. Nie jest to jednak pretekstem, dla którego masz złamać dietę i pobiec do sklepu po słoik nutelli. Ona wciąż będzie tuczyć (w dodatku szybciej, bo podczas sesji zazwyczaj mamy mało ruchu...). Najlepiej kupić paczkę otrębów lub muesli, wsypać do miseczki, postawić na biurku i chrupać sobie podczas nauki. Dodatkowo chrupanie i żucie polepsza ukrwienie naszej głowy, również mózgu, co dotlenia nasze szare komórki i zarazem skraca czas przyswajania wiedzy. Ja na tegoroczną sesję postawiłam na lecytynę, która (jak głosi opakowanie, bo przecież nie piszę tego wszystkiego z głowy!) jest głównym elementem składowym błon komórkowych. Poleciła mi ją mama, jako bezpieczny środek poprawiający efekty w nauce. 


Na niezasypianie wciąż posiadam jedynie kawę, oraz mocną herbatę. Najlepiej jednak się po prostu wyspać, bo siedzenie z nosem w książkach do nocy niestety odbija się negatywnie na efekty naszej pracy. Zaznaczę jednak, że oprócz wyspania równie ważnym aspektem jest dotlenienie. To już każdy zna i mało kto praktykuje, jednak mimo wszystko apeluję o wietrzenie pokoju/mieszkania - przynajmniej na pięć-dziesięć minut dziennie, nim siądziemy do nauki. 

Oczywiście (i niestety...) wspomagam się czekoladą (mleczną w dodatku), która działa na mnie pobudzająco oraz wmawiam sobie, że przecież posiada owiany sławą magnez - choć ostatnio oświecono mnie, że magnez z czekolady jest faktycznie nieprzyswajalny przez człowieka. Lata w zakłamaniu! 

Nie napiszę, że polecam, bo to niezdrowe. Trujcie się więc na własną rękę.


Post pisany o późnej godzinie po ciężkim i pracowitym dniu. Proszę o wybaczenie braku sensu i błędów.

sobota, 10 stycznia 2015

PORZĄDEK W KARTKACH I KARTECZKACH

Kolejny post organizacyjny, dotyczący bardziej rzeczy szkolnych, biurowych, ale ja z moją manią zapisywania korzystam z tych wskazówek w każdej dziedzinie mojego życia. Idzie sesja, więc myślę, że post może być przydatny, bo łatwo się pogubić w tej stercie kserówek z minionego semestru. Ale już pomijając materiały do nauki, organizacja dnia, planowanie codziennych czynności to czasem spore wyzwanie, dlatego w ciągu kilku lat udało mi się wyrobić kilka pożytecznych organizacyjnych nawyków, którymi z wielką chęcią się podzielę.

Pierwszym sposobem są KARTECZKI. Te samoprzylepne i te zwykłe. Jak tylko okazuje się, że mam coś do zrobienia - przykładowo, ktoś zadzwoni z czymś pilnym - od razu zapisuję to na takiej kolorowej karteczce i przyklejam. Gdzie? Na biurko i laptopa - bo mam pewność, że w ciągu dnia na pewno tam zerknę i przypomnę sobie, co mam do zrobienia. To samo dotyczy jakichś myśli, pomysłów - wszystko ląduje na karteczkach. To nie jest droga inwestycja, a naprawdę uchronić może od wielu nieprzyjemnych sytuacji, których niskim kosztem można uniknąć.


Uzupełnieniem karteczkowych przypominajek jest oczywiście mój KALENDARZ. Uważam, że każdy uczeń, student, a także osoba pracująca powinna posiadać najzwyczajniejszy w świecie kalendarz, który zawierać będzie wszystko, co ważne. Ja w tym roku akademickim mój kalendarz dostałam z uczelni, jestem z niego bardzo zadowolona, gdyż jest duży i przejrzysty - rok temu zakupiłam malutki kalendarz firmy Oxford, zachwycona jego małym rozmiarem, co okazało się główną jego wadą. Możliwość zanotowania wydarzeń z wyprzedzeniem jest bardzo przydatna i dziś naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez mojego kalendarza - teraz noszę go dosłownie wszędzie, bo wiele razy , gdy był potrzebny, nie miałam go w torebce. W kalendarzu stosuję także moje KARTECZKI, szczególnie dla czynności, którym nie jest przypisany konkretny dzień, dzięki czemu nie muszę kreślić i zmazywać, tylko po prostu odklejam i przyklejam daną informację na dany dzień. Kolejnym sposobem, który zawsze stosuję, który zresztą bardzo dziwi ludzi wokół jest używanie tylko i wyłącznie OŁÓWKA do notowania. Wiadomo, plany często się zmieniają, a ja bardzo nie lubię kreślenia i wolę wszystko przepisać od nowa z powodu jednego skreślenia, niż oddać tak nieestetycznie napisany tekst. Dlatego właśnie wszystko zapisuję ołówkiem i w wypadku gdy plany ulegną zmianie, po prostu mogę je zgumować i przepisać. To już oczywiście nie taka niezbędna rzecz, dotycząca bardziej poczucia estetyki niż organizacji.


Oprócz książkowego kalendarza, moją tablicę korkową zdobi też KALENDARZ ŚCIENNY. Choć ciężko to tak nazwać, gdyż jest to w istocie po prostu wydrukowany kalendarz ze strony KalendarzSwiat.pl, która oferuje właśnie takie kalendarze miesięczne do wydruku. W poprzednich latach często kupowałam różne kolorowe kalendarze, ale po pierwsze dość sporo one kosztowały, a po drugie szkoda było mi po nich pisać. Na kartce z drukarki nie jest szkoda mi bazgrać (oczywiście ołówkiem!), jest to to też dla mnie wygodne, bo nie ma kolorowych obrazków, które zajmują miejsce, a ja z moim nowym zamiłowaniem do minimalizmu unikam wszelkiego rodzaju ozdób, które są całkowicie zbędne. Mój kalendarz ścienny prezentuje się więc w sposób następujący.


No dobra, skoro było o drukowaniu to teraz przejdę do kartek. Kiedyś nigdy nie chciało mi się nic drukować, wolałam już wszystko przepisywać, a to dlatego, że kartki zawsze gdzieś miałam, ale - no właśnie - "gdzieś". Jakiś czas temu zbłądziłam w sklepie i zawędrowałam w dział papierniczy. I co zobaczyłam? Plastikowe SZUFLADKI na biurko. No i jak ja mogłam wcześniej z tego nie korzystać? A jak korzystam? Moje biurko wyposażone jest w cudowną i dotychczas cudownie zbędną wysuwaną półeczkę na klawiaturę i mysz do komputera stacjonarnego. Tam właśnie umiejscowiłam dwie świeżo kupione szufladki. Do jednej włożyłam czyste kartki do drukarki, do drugiej natomiast wszystkie brudnopisy, zarysowane z jednej strony lub źle wydrukowane oraz jakieś pojedyncze zabłąkane w moim biurku kartki. System sprawdza się niezawodnie - nie muszę już biegać w poszukiwaniu papieru do drukarki, wystarczy już że wysunę półkę i mogę drukować. To samo dotyczy brudnopisów i kartek do notowania.




Teraz będzie mowa o KOSZULKACH. Ja koszulek jestem wielką fanką, pakuję do nich każdą, nawet najmniej ważną kartkę. Pozwala mi to uniknąć nie tylko zabrudzenia, ale przede wszystkim pogięcia. Przetransportowanie kserówek z domu na uczelnię to ciężka droga, gdyż moja torba wypakowana jest zawsze po brzegi rzeczami z uczelnią niezwiązanymi -głównie jedzeniem ;) - dlatego koszulki to zbawienne rozwiązanie dla moich notatek. Jakiś czas temu zorganizowałam w całym domu akcję poszukiwawczą koszulek zaginionych, która zakończyła się sukcesem - uzbierałam porządny stos koszulek, które wpięłam do teczki, a teczkę zapakowałam do oznaczonego jakże tajemniczym napisem "koszulki" segregatora. 



Ostatni już z moich gadżetów, wygrzebany we wrześniu w Biedronce - TECZKA z przegródkami. Przegródek jest za dużo na moje potrzeby, ja na uczelni nie mam wielu przedmiotów, ale i tak teczkę podzieliłam sobie w taki sposób, że każda przegródka zawiera dokumenty z danego dnia tygodnia. Każdy przedmiot natomiast zapakowany jest w swoją własną małą teczkę (koleżanka podpowiedziała mi już, że owa mała teczka nazywa się po prostu skoroszytem xD), dzięki czemu łatwo znaleźć mi notatki z konkretnego przedmiotu. Oprócz tego każda mała teczka (skoroszyt...) zawiera koszulki, posortowane według dni, w których zawartość została napisana lub wydrukowana. 

Ekstremalnie przejrzyste, ale co z tego, skoro potem i tak nie chce mi się tego wszystkiego uczyć ;)




 
Swoją drogą to bardzo zabawne, że ktoś taki jak ja w ogóle wpadł na pomysł napisania czegokolwiek o tematyce sprzątania i porządkowania czegokolwiek ;) Gdyby istniało coś takiego jak Nagroda Bałaganiarza Roku, byłabym jej coroczną laureatką.

środa, 31 grudnia 2014

ŚWIĘTA




Najbardziej szkoda mi, że śnieg spadł dopiero w drugi dzień Świąt. Ale nie tylko on się spóźnił, choinkę rozkładaliśmy dopiero w wigilijne popołudnie, podczas gdy zazwyczaj tego dnia roku stała już wystrojona od kilku tygodni. Śnieg wziął więc odwet i też nie spieszył się z nadejściem. 


Nowy pomysł w tym roku - wyciskałam dla całej rodziny sok z pomarańczy, w poczuciu nagłej potrzeby, by zaopatrzyć najbliższych w dodatkową porcję witaminy C. Swoją drogą to skandal, że na sklepowych pasażach szklanka takiego soku kosztować może nawet czasem powyżej piętnastu złotych! 


Pierwsze prezentowe zaopatrzenie mojego uzależnienia od herbat. Rok temu był czajnik i herbaty na wagę, w tym roku skrzyneczka na torebki herbat i sześć ich paczek w różnych smakach. Lepiej być nie mogło. Na zdjęciu poniżej zeszłoroczne prezenty - wspomniany czajniczek z sześcioma kubeczkami w komplecie, herbaty oraz po lewej pojemniczek na kadzidełka zapachowe, który pewnie ma jakąś specjalną nazwę, ale jest ona mi niestety nieznana, więc dla mnie pozostaje po prostu pojemniczkiem na kadzidełka.


Majki, po raz trzeci już w swoim życiu, doświadczył szoku sezonowego, związanego z pojawieniem się (po długich oczekiwaniach!) śniegu. To przykre, ale mój pies wydaje się nie pamiętać dwóch poprzednich konfrontacji z zimową pogodą.


I znów moje zamiłowanie do ciepła dało o sobie znać. Wiedziona inspiracją zaczerpniętą z różnych stron z ładnymi obrazkami, rozpaczliwie szukałam wysokich, ciepłych i uroczych kapci, których jednak nie mogłam znaleźć w żadnym sklepie, który bym o posiadanie takich kapci mogła posądzać. W końcu przypadkiem natknęłam się na takie w Auchanie.


Tak jak herbatę kocham całym sercem, równie mocno nie lubię kawy, której zbawiennie działanie zmusza mnie niestety do powolnego przekonywania się do jej smaku. Kawiarniom wdzięczna jestem za to, że tak nieprzyjemny dla mnie napój potrafią podać w tak cieszący oko sposób, dzięki czemu kawy nie potrafię wypić nie dlatego, że mi nie smakuje, ale po prostu szkoda mi psuć małe dzieło sztuki, jak na przykład to, które uwieczniłam na zdjęciu poniżej.


W kwestii preferencji odnośnie pór roku, lubię zimę głównie z tego względu, iż właśnie w niej obchodzę urodziny. Dodatkowo jest mikołaj, są Święta, no i herbata ;)

Follow my blog with Bloglovin

piątek, 31 października 2014

HOME STUFF

Pomimo anginy pojechałam z mamą na zakupy. Udało mi się na przecenie upolować kilka dodatków do domu, które wyjątkowo mi się spodobały. Przede wszystkim udałyśmy się do JYSKa, skąd wczoraj mama wróciła z wielką siatą narzut na łóżko, kołder i poduszek. Była tam też promocja koszyków i kuferków. Zdecydowałam się na brązowe, cztery małe i jeden większy, którego niestety nie ma tu na zdjęciu. Dwa włożyłam do garderoby, aby wrzucać do nich zdejmowaną po powrocie do domu biżuterię i zegarki oraz na inne drobiazgi, jakie się akurat nawiną.


Dwa pozostałe umieściłam na półce w łazience. Te prezentują się znacznie ładniej niż koszyki, które poprzednio się tam znajdowały.



Kolejnym zakupem były poduszki. Dwie brązowe znalazłam także w JYSKu, a dla kontrastu dokupiłam potem jeszcze w Praktikerze (!) jasną włochatą, która od razu wpadła mi w oko.


 No i wreszcie! Znalazłam dla siebie szlafrok, o którym marzyłam chyba od gimnazjum. Wahałam się nad kilkoma kolorami, kusił mnie jeszcze pastelowy róż, ale wreszcie zdecydowałam się na beżowy.


Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się znaleźć czas na jakieś ubraniowe zakupy, bo czuję niedosyt i znów zaczynam nie mieć w co się ubrać ;)

poniedziałek, 27 października 2014

KONIEC WAKACJI / ROK AKADEMICKI




Wkrótce listopad, wypadałoby więc zrobić, minimalne chociaż, podsumowanie miesiąca. Rok akademicki rozpoczęłam nieszczęśliwie, bo od zmiany druta w aparacie na mocniejszy. Tak więc uczelnię powitałam z takim oto prowiantem: 


Pozytywnym zaskoczeniem natomiast okazał się wpływ soku z aloesu na moje włosy, który w wolnej chwili wylałam na umytą głowę, a następnie zabezpieczyłam olejem. Sukces w pełni - po raz pierwszy w życiu na czubku moich włosów nie widziałam aureoli baby hair. Jednak te prędko się za moją głową stęskniły, gdyż nie musiałam długo czekać na ich powrót - już nazajutrz jak co dzień fruwały już wokół czubka głowy. Ale efekt tuż po tak mnie ucieszył, że postanowiłam go uwiecznić.


...oraz złożyć kolejne pokaźne zamówienie "włosowe". Na zdjęciu: kwas hialuronowy, spirulina, olej amla, zabieg laminowania, Wax.



Kolejną atrakcją minionych tygodni była wizyta MTV, którą złożyli z powodu wygranej mojego znajomego w konkursie MTV START. Ekipie z największą przyjemnością zaprezentowaliśmy Sosnowiec, gdzie mieści się nasza uczelnia. Niestety nie spędzili tam zbyt wiele czasu, chyba Katowice bardziej przypadły im do gustu ;)


Cały dzień ze znajomymi spędziliśmy na kręceniu wypowiedzi na temat naszego zwycięskiego kolegi. Po ciężkim dniu nagrywania programu poczęstowano nas pizzą. 


Po pierwszym miesiącu roku akademickiego wiem, że ten semestr będzie znacznie luźniejszy od poprzednich. Potwierdziło się także moje zdanie na temat tego, że absolutnie nic nie wróży mi przyszłości przed obiektywami kamer - na szczęście ;)

Październik to także dobry okres dla kin. Ostatnio pojawiło się parę obiecujących zapowiedzi filmów. Zdecydowanie warto wybrać się na film "Bogowie", co też w najbliższym czasie uczynię.




 

Kolejne dwa tytuły to "Służby specjalne" oraz "Sędzia".



Oraz piosenka, która zapętlona leci u mnie nieustannie z laptopa:

piątek, 26 września 2014

JESIEŃ

Ok, pozostał tydzień do roku akademickiego. Od początku września biegam kompletując wyprawkę ;) Temperatura na dworze gwałtownie spadła, na szczęście dziś wreszcie kaloryfery zaczęły grzać. Mimo to przełączyłam się już na tryb jesienny i w pierwszy dzień ochłodzenia kupiłam sobie dziewięć swetrów. Już udało mi się znaleźć kilka jesiennych typów, które będą mi towarzyszyć w tym roku.


GORĄCA CZEKOLADA INSTANT
Dorwałam ją w Carrefourze, szukając czegoś czekoladowego - ten zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. Na opakowaniu napisali, by zalać gorącą wodą, ja dodałam też trochę mleka. Co prawda nie jest to kawiarniany smak gorącej czekolady, ale na domowe warunki spełnia swoją rolę.


BOTKI NA PLATFORMIE
Czekałam na nie miesiąc, aż pojawią się w H&M w mojej okolicy. Nie przepadam za tak ciężkim stylem, ale te botki przypadły mi do gustu. Nie jestem także fanką butów na obcasie, bo po prostu nie potrafię w nich chodzić, a każde wyjście z domu w wysokich butach kończy się tygodniowymi odciskami na całych piętach. Co prawda w tych obcasach byłam tylko raz, ale spokojnie mogę przyznać, że są najlepszymi wysokimi butami, jakie posiadam.



FALE ZE "SKARPETKOWEGO KOKA"
Sposób ten znalazłam przez przypadek, błądząc po YouTubie. Zamiast pociąć skarpetkę, wygrzebałam z szafki zwykłą materiałową opaskę i to na niej, jeszcze tego samego wieczora, wypróbowałam koczek. Rano rozplątałam włosy i moim oczom ukazały się najbardziej twarzowe fale, jakie kiedykolwiek pojawiły sie na mojej głowie. Największym plusem tych fal jest to, że robi się je bez użycia ciepła oraz to, że układają się "od twarzy", czego nie umiem uzyskać śpiąc w zwykłym koczku. Nie utrwaliłam ich niestety lakierem, dlatego - co typowe dla moich włosów - fale zniknęły po dwóch godzinach. Jednak znalazłam póki co najlepszy sposób na twarzowe fale, który pasuje moim włosom.


AWKWARD
Nowy serial, który mi - stęsknionej fance Mean Girls - przypadł do gustu. Mam nadzieję tylko, że akcja nieco bardziej się rozwinie, ale obejrzałam póki co tylko pierwszy sezon. Jestem na tak, choć nie wiem jeszcze, co mnie czeka przez 2 kolejne sezony. W każdym razie, rok akademicki się zbliża, a wraz z nim nudne wieczory, które spędzę na "nieuczeniu się"...


PIÓRNIK
Moje studia niestety uniemożliwiają mi przestawienie się na studencki tryb nieposiadania przyborów piśmienniczych. Na szczęście udało mi się w tym roku znaleźć naprawdę uroczy piórnik, oczywiście w H&M. Co prawda nie pomieści całej góry zakreślaczy, jakie zamierzam nosić ze sobą na uczelnię, ale spokojnie schowam w nim wszystkie zapasowe ołówki, gumkę i temperówkę oraz dodatkowe naboje (tak, piszę piórem...).


Choć nie znoszę jesieni, ze względu na zimno i wzrost apetytu, uwielbiam planowanie i organizowanie sobie życia. Mam nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone i na kilka dni wróci do nas słońce. Póki co przeglądam strony w poszukiwaniu idealnego kalendarza i zastanawiam się nad najlepszym sposobem prowadzenia tegorocznych notatek. Tak strasznie ciężko jest przestawić się na tryb niewakacyjny...

(sweter, szalik - sh)

sobota, 3 maja 2014

DOMOWE ŻELKI





Z powodu zbliżających się wakacji naszła niestety konieczność ograniczenia jedzeniowych zachcianek - tym razem już nie na żarty! Jako, iż jestem całkowicie uzależniona od żelków, nie umiem po prostu wykluczyć ich z mojego życia ;(. Postanowiłam więc sama się oszukać i przygotować oszukiwane zapasy na żelkowy apetyt. 

Składniki:
- żelatyna (ja użyłam około 25g)
- sok owocowy (skorzystałam z Paoli malinowej)
- woda
- opcjonalnie: miód, gdy sok jest mało słodki (ja go nie użyłam)
- foremki na lód/ płaskie naczynie



1. Rozpuściłam żelatynę w wodzie.
2. Podgrzałam w garnku sok i dodałam doń żelatynę.
3. Mieszałam na gazie miksturę, aż grudki żelatyny całkowicie się rozpuściły.
4. Rozlałam wszystko do foremek i miseczek
5. Poczekałam, aż żelki mniej wiecej stwardnieją, po czym włożyłam je do lodówki na kilka godzin
6. Gdy czas minął, pokroiłam żelki na kawałeczki i włożyłam do pudełka.

Gotowe! ;)


Niestety nie są żelkami z prawdziwego zdarzenia - nieco tylko twardsze od galaretki. Jednak w swojej roli świetnie się sprawdzają i z pewnością wykorzystam ten pomysł ponownie.




środa, 23 kwietnia 2014

LUNCHBOX SISTEMA

Muszę przyznać, że mam obsesję na punkcie jedzenia. I to dość skrajną, bo od strachu przed włożeniem czegokolwiek kalorycznego do ust, przez arcyzdrowe zasady żywieniowe, po totalną olewkę, kiedy to 2 tabliczki czekolady pod rząd oraz zagryzienie tego McFlurry nie jest mi straszne.

(Bento Laptop Lunch)


Jednak gdy wybieram się na uczelnię, muszę po prostu mieć wszystko przygotowane i zaplanowane. Od dawna fascynuje mnie sposób porządkowania życia Taralynn McNitt (LINK DO BLOGA), dzięki której to dowiedziałam się o istnieniu lunchboxów z przegródkami. Uznałam to od razu za coś fantastycznego, mój zapał ostygł jednak nieco, gdy odkryłam, iż ceny tych, które Taralynn rekomendowała na swojej stronie oscylują w granicach 100zł. No bez przesady, nie wydam przecież stówy na pudełko na żarcie!
Straciwszy zainteresowanie, korzystałam dalej z moich zwykłych realowych pudełeczek do przechowywania żywności.



Aż do dziś, kiedy to, zgubiwszy się na YouTube, znalazłam kanał "iks pe" (LINK) a wraz z nim - filmik o pomysłach na lunch do szkoły. Tam odkryłam lunchboxy firmy Sistema z serii "To Go". Od razu wygooglowałam producenta i postanowiłam, że zamówię wersję Sałatka "To Go".


Przydatne dla mnie jest to, że lunchbox ma dwa poziomy, dodatkowo jeszcze przegródki na wyższej. Jest szczelny oraz zaopatrzony w sztućce.
Myślę, że ten model będzie dla mnie idealny. Niestety teraz nie jest on dostępny w żadnym sklepie internetowym, jednak doczytałam, że znaleźć można te produkty w Tesco czy Carrefourze. Sprawdzę, poszukam, najwyżej poczekam, aż producent uzupełni magazyn ;) 

______________________________________________________________________

EDIT

Jednak udało mi się go dziś kupić po zajęciach. Pojechałam do SCC i tam, w Tesco, znalazłam mój lunchbox Sistema w kolorze niebieskim. Strasznie się cieszę z tego zakupu, chociaż kosztował mnie trochę ponad 40zł - wierzę, że będzie to dobra inwestycja.





Lunchbox składa się z pięterka, podzielonego na przegródki. Dodatkowo dołączone jest pudełeczko na sos i komplet składanych sztućców. Samo pudełko wydaje się być szczelnie zamykane, bez szans na wylanie się na zewnątrz, tudzież na "przemieszczanie" się zawartości między pięterkami.